RSS
Dzisiaj jest sobota, 19 maja 2012

Słów kilka o harmonogramie

Dodał Andrzej, niedziela, 01-05-2011 (20:45)
Maj
01
Słów kilka o harmonogramie

Zdjęcia na baner pochodzą z Fotolia.pl.

Pracując na własny rachunek wyrabiamy sobie z czasem pewien zestaw czynności, który poprawia efektywność i jakoś współpracy z klientem. Każdy ma swój własny sposób na prowadzenie biznesu, lepszy lub gorszy. Mój też ideałem nie jest, myślę jednak, że może posłużyć jako przykład wyjściowy dla osób zaczynających życie na własny rachunek, gdzie samodzielnie trzeba decydować o tym co, jak i kiedy zrobić, żeby wszystko było OK. Bo to już nie jak na etacie, kiedy przychodzisz na 8:00 i do 16:00 robisz to, co Ci każe szef.

Organizacja wstępna

Trzeba dokładnie wiedzieć, co jest przedmiotem zlecenia. Bez żadnych niedomówień. Wiele razy, jeszcze podczas pracy w agencji, spotykałem się z sytuacjami kiedy grafik otrzymywał ogólne wytyczne i z radością rzucał się w wir pracy, żeby robić kolejne projekty, bo nie trafiał w gust klienta. Ja dla odmiany zawsze wychodziłem na marudę, bo zamiast wziąć się do pracy i robić klientowi plakat, męczyłem go np. o to, co ma być na plakacie. Ale dzięki rozbudowaniu tego etapu, sam projekt był zbliżony do oczekiwań klienta i zazwyczaj kończyło się na niewielkich poprawkach. Należy dodać, że nie były to jakieś hiper odjechane kreacje (mój warsztat jest jaki jest) ale to było TO, co zamawiał klient.

Pracując na własny rachunek wyciągnięte na tym etapie informacje pomagają lepiej wycenić zlecenie, co przy minimalnej ilości informacji jest nie możliwe. Jako przykład można tu podać wpis Ile kosztuje strona. Czasami spotkanie z klientem może potrwać kilka godzin, więc jeśli to jest możliwe, staram się unikać spotkań. Z doświadczenia (nie tylko swojego) wiem, że z takich spotkań nie wynosi się niczego konkretnego. Często jest to strata czasu i wiadomo jedynie, że klient chce np. stronę internetową. Śmieszne jest wtedy pytenie o koszt. I tak potem potrzebna jest kilkukrotna wymiana maili coraz bardziej precyzujących przedmiot zlecenia.

W przypadku stron internetowych określamy kolorystykę, klimat strony, rozmieszczenie elementów, strukturę, funkcjonalność i inne drobiazgi, które nam przyjdą na myśl. Ja zawsze proszę o kilka linków do stron, które się klientowi podobają a dla mnie byłyby inspiracją. Co ciekawe, zawsze wspominam, że NIE MUSZĄ TO BYĆ BRANŻOWE STRONY a i tak często dostaję odpowiedź, że klient nie znalazł żadnej strony z jego branży, która by mu się spodobała. Muszę wtedy powtarzać, że strona nie musi być branżowa. Ot, wybiórcze słuchanie :)

Oferta

Czas na przedstawienie oferty cenowej. Zadanie trudne, co też już opisywałem tutaj. W przypadku strony internetowej dobrze jest też dopisać zakres prac (to samo pójdzie później do umowy), co będzie podstawą to trzymania się planu i nie wdrażania setek pomysłów klienta, które nie były ujęte w wycenie. Jeśli chcemy pobrać zaliczkę/zadatek, to również na najpóźniej na tym etapie trzeba o tym wspomnieć, żeby klient się nie zdziwił czytając umowę.

Umowa

Spisujemy umowę. Doświadczeni freelancerzy mają już swoje wzory umów, które tylko odpowiednio przeredagowują pod konkretne zlecenie i klienta. Początkujący mogą sobie znaleźć takie wzory w internecie. W planach mam przygotowanie wpisu na ten temat, ale muszę jeszcze dopracować to i owo. Opisujemy tu dokładnie przedmiot zlecenia, terminy, cenę, informację o zaliczkach i jako załącznik dodajemy zakres prac.

Zaliczka

Jeśli bierzemy zaliczkę, to teraz na nią czekamy a w międzyczasie męczymy (często wręcz molestujemy) klienta o loga, zdjęcia, teksty (kiedyś mówiłem, że testy będą potrzebne dopiero przy wdrażaniu serwisu, ale zauważyłem, że klient tak się do tego zabiera, że im wcześniej go o to pomęczę tym większa szansa, że nie będę czekał miesiącami z gotową stroną na kilka tekstów).

Praca

Szczegóły pracy nad projektem zależą od niego samego. Zazwyczaj przy projektowaniu stron potrzeba około tygodnia na wstępny projekt, potem kilka dni na korekty (zakładam 2 korekty zbiorcze i opisuję to w umowie, żeby klient nie myślał, że będziemy dłubać drobiazgi przez pół roku) i akceptacja. W praktyce bywa różnie. Czasami korekt jest więcej, ale wystarczy poinformować klienta, że będą one wyceniane dodatkowo i szybko dochodzi do akceptacji. Inna sprawa, że czasami na kontakt od klienta czeka się tygodniami. Ale cóż robić, taki lajf. Mimo wszystko my powinniśmy być fair i w trakcie prac na bieżąco informować klienta o postępach (i przy okazji dowiadywać się, czy on sam się nie rozmyślił).

Finalizacja

Jeśli wszystko przebiegło sprawnie i projekt jest ukończony (a najlepiej także zaakceptowany przez klienta) z radością pędzimy do niego z fakturą. Teraz pozostaje już tylko oczekiwanie na przelew i męczenie klienta co jakiś czas, dlaczego jeszcze kasa nie jest na naszym koncie ;)


czytano: 403, komentarzy: 11, kategorie: ogólne, własny biznes


Komentarze (11)

Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
wtorek, 10-05-2011 (16:23)
Andrzeju, świetny wpis.

Bez zaliczki nie wyobrażam sobie obecnie pracy - po prostu nie ma takiej możliwości. Miałem przypadek, że klient strasznie naciskał - poczekałem i dobrze zrobiłem. Niedługo po tym, trafiłem na wpis na GL o nieuczciwym kontrahencie z tym właśnie klientem w roli głównej.

Umowa? Podstawa, taka sama jak zaliczka.

Spotkania? Unikam jak ognia. Preferuję najpierw kontakt mailowy, w ostateczności może być telefoniczny.

Cieszę się, bo ostatnio mam samych świetnych klientów - konkretne osoby. Kilku już zostało 'stałymi' klientami.

Pozdrawiam!
wtorek, 10-05-2011 (17:47)
Andrzej
Dzięki.

Ja też teraz bazuję na kilku stałych klientach i kilku z polecenia. Tu z zaliczkami bywa różnie. Czasami biorę, czasami daje kredyt zaufania przez wgląd na osobę polecającą (zależy kto jest tą osobą). Ale jak klient pojawia się 'znikąd' to zaliczka faktycznie jest podstawą rozpoczęcia projektu.
Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
wtorek, 10-05-2011 (19:08)
Andrzej
Jeśli chodzi o klientów stałych, mam takiego klienta, z którym współpracuję ponad 2 lata. U niego nie ma mowy o zaliczce. Jest różnica jednak, że zrobiłem z nim tyle projektów, że naprawdę nie ma się czego obawiać.
wtorek, 10-05-2011 (19:15)
Andrzej
Ja od stałych biorę tylko wtedy gdy w grę wchodzi większy projekt związany np. z wydrukiem czy wynajęciem podwykonawcy, któremu trzeba np. zapłacić od ręki a u mnie czasami krucho z płynnością finansową. Poza tym jest jak piszesz - skoro tyle projektów razem zrobiliśmy to chyba mamy do siebie tyle zaufania, żeby się w takie rzeczy nie bawić :)
Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
wtorek, 10-05-2011 (19:43)
Andrzej
Z płynnością chyba u każdego czasem bywa krucho. U mnie ostatnio po operacji się tak pojawiło, no ale dwa miesiące 'out of the game'.

Z wydrukami się nie bawię, nie moja działka - ale kilka razy zdarzyła się konieczność wynajęcia podwykonawcy - wtedy zaliczka jak najbardziej, ale też zależy od klienta.

Stali klienci są najlepsi moim zdaniem ;)
wtorek, 10-05-2011 (20:00)
Andrzej
2 miesiące to i tak nieźle. Ja mam cały czas zapas na około miesiąc, więc muszę na bieżąco egzekwować wszystkie płatności, z czym czasami nie jest łatwo.

Ja też wolę zakończyć pracę na etapie oddania projektu. Ale jak klient stały to go dopieszczasz - lepiej żebyś tylko Ty go obsługiwał kompleksowo (za druk zawsze doliczasz sobie marżę) niż miałby latać do kilku wykonawców - wcześniej czy później znajdzie agencję, która zajmie się drukiem, gadżetami i innymi pierdołami. Klienci nie są się tym zajmować, bo to zajmuje dużo czasu, poza tym nie znają się, nie wiedzą, jaka drukarnia do czego jest najlepsza, Ty jako człowiek z branży masz często w drukarniach upusty. To zawsze jakiś zysk. U mnie jeszcze jest ten problem, że jestem zupełnie niemobilny, ale koniec końców często opłaca się nawet wziąć taksówkę :)

Stali klienci są najlepsi zdaniem KAŻDEGO, nie tylko Twoim :)
A zaraz za nimi klienci z polecenia, którzy (jeśli są zadowoleni), również szybko zostają stałymi klientami.
Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
wtorek, 10-05-2011 (20:11)
Andrzej
Z klientami z polecenia to jest tak, że raz na stu trafi się jaka cholera, z bardzo roszczeniowym podejściem i na starcie chce upust 20%. Ale takich to się pacyfikuje bardzo szybko.

Kiedyś zdarzył mi się sympatyczny człowiek - projekt nieduży, niewielki serwis, budżet ok. 700-800 USD. Jakież było moje zdziwienie, gdy premia wyniosła prawie 40% wartości projektu ;) Teraz jest już stałym klientem.

Z drukiem to jest tak, że u mnie większość klientów to jednak USA/Wielka Brytania/Australia - z tym byłoby ciężko. Ale wracają.

PS. Masz Andrzeju profil na GL, prawda? Bo mi się wydaje, że gdzieś kiedyś Cię tam czytałem ;)
wtorek, 10-05-2011 (20:27)
Andrzej
No tak, z drukiem na rynek zagraniczny trudno. Ja poligraficznie obsługuję tylko lokalnych klientów, za to na strony www mam zlecenia głównie z drugiego końca Polski :)

Mi też się raz zdarzyła premia 'za marudzenie klienta'. Poczuł się. Ale to wyjątki. Większość polskich klientów ma właśnie podejście roszczeniowe. Tanio (najlepiej za friko), dobrze i na wczoraj. I, jak piszesz, chcą upust przy pierwszym zleceniu, bo 'przewidują dalszą współpracę'. Tu dla odmiany można ich zgasić 'będzie dłuższa - będą upusty'. I faktycznie, dla kilku stałych upusty mam.

Mam profil na GL. Nie będę tu linkował, ale znaleźć mnie łatwo :)
Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
piątek, 13-05-2011 (15:02)
Andrzej
Z poligrafią to ja cieniuteńki jestem - nie moja branża jednym słowem. U mnie jest natomiast tak, że klienci z polski to jednak wybitnie mały odsetek, ostatnio coś się zmienia w tej kwestii, ale ludzie świetni.

Drukiem wizytówek też się zajmujesz? ;)

Tak, GL. Ostatnio Cię widziałem, Twoje foto co masz na avatarze kojarzyłem.
piątek, 13-05-2011 (15:22)
Andrzej
Heh, ja przez lata w agencjach stałem się multidyscyplinarny. Ale bardzo to sobie chwalę, bo klient zamiast przyjść do mnie raz (np. ze stroną) zostaje na dłużej i jest obsługiwany kompleksowo. I coś w tym jest, że znaleźć klienta jest trudniej niż utrzymać.

Drukuję wszystko jak trzeba (oczywiście nie sam tylko podzlecam). A wizytówki są w zasadzie 'na doczepkę' większego zlecenia lub stałej współpracy. Zlecenia samych wizytówek klientowi by się po prostu nie opłacało.

Teraz mam za to problem z reklamą zewnętrzną. Początkowo miały być banery - spoko, zlecam druk, kurier przywozi banery, potem klient je odbiera. A teraz zmieniło się to na oklejane blachy. No i teraz kombinuję ze znajomym podwykonawcą, jak to zrobić dobrze, bo jest sporo ograniczeń technicznych. Normalnie temat bym olał, ale tu klient jest stały, więc niefajnie byłoby pozwolić mu zrobić blachy gdzie indziej. A jeśli mu się tam spodoba i nie wróci?
Andrzej Ośmiałowski osmialowski.co.uk
środa, 18-05-2011 (13:39)
Andrzej
Stałego klienta trzeba trzymać. Nawet za cenę pewnych poświęceń czasami. Na przykład jak Klient z Australii dzwoni w środku nocy, że ma zlecenie, ale chce teraz pogadać na Skype, no to się włazi. Akurat dla mnie to nie problem, gdyż mam dość elastyczne godziny snu (i niezbyt dużo ich).

Ale dobrze piszesz, utrzymać jest trudniej, niż znaleźć.

Dodaj swój komentarz:

Imię lub nick (obowiązkowe)
E-mail (obowiązkowy - nie będzie publikowany)
Strona WWW

Formatowanie: [b]pogrubienie[/b], [i]kursywa[/i], [u]podkreślenie[/u]

Powiadom mnie o nowych komentarzach do tego postu.

Przepisz kod z obrazka:
kod