RSS
Dzisiaj jest sobota, 19 maja 2012

Pracoholizm na swoim czy korzystanie z życia na etacie?

Dodał Andrzej, czwartek, 25-08-2011 (09:16)
Sie
25
Pracoholizm na swoim czy korzystanie z życia na etacie?

Grafika na baner pochodzi z Fotolia.pl.

Spotykam się często ze stwierdzeniem (także niektórych komentarzach na tym blogu), że praca na etacie jest lepsza, bo urlop, bo chorobowe, bo czasami jakieś dodatki (znajomy ma karnet na siłownię za 50zł miesięcznie i jest wniebowzięty), bo praca tylko 8 godzin i fajrant. A na freelansie praca po 12 godzin i dłużej, nie ma urlopów, weekendów i często zarabia się niewiele więcej niż na etacie (bo wszystkim się wydaje, że w chwilą przejścia "na swoje" już od pierwszego miesiąca będziemy zarabiać kokosy).

Człowiek to takie dziwne stworzenie, że oczekuje natychmiastowych efektów i jest gotów zrezygnować z przyszłych większych korzyści na rzecz bieżących i niewielkich. Rzecz normalna. Sam nie mogłem się długo przestawić na inny sposób myślenia. A dla wielu w ogóle nie jest zrozumiałe, jak można harować przez kilka lat nie mając efektów i nie wiedząc kiedy i czy w ogóle będą. Zauważcie jednak, że wiele osób, które podjęły to ryzyko (oczywiście "z głową" a nie "na głupa") po kilku latach (różnie: 2, 7, 10?) spijają śmietankę ze swoich początkowych inwestycji: ciężkiej pracy, czasu, pieniędzy.

Opowiem historię znajomego moich rodziców

Były lata 80-te. Kto pamięta te czasy, ten wie, jak było. Na mieszkania czekało się latami, sublokatorzy, PRL, zakłady pracy itp. Prawie zero własnej inicjatywy. "Prawie", bo powstawały wtedy tzw. butiki. Nie wiem, na czym to dokładnie polegało, ale w wielu kręgach "zwykłych ludzi" właściciele butików nie byli zbyt poważani. Może przez zawiść. Może uważali, że uczciwy człowiek powinien pracować normalnie na etacie zamiast kombinować. Bo tak to było często postrzegane - jako kombinowanie (w negatywnym znaczeniu). Bo owszem, żeby sobie radzić w tamtym ustroju, trzeba było kombinować, co nie znaczy, że nieuczciwie.

Znajomy rodziców miał właśnie taki butik. Mieszkał przez wiele lat w ruderze, przy której dzisiejsze slumsy to szczyt luksusu. Coś tam kombinował, coś tam zarabiał, ale zamiast korzystać z kasy i życia, ciągle tą kasę inwestował w inne rzeczy. Rodzice się trochę nabijali, bo sami dostali w końcu mieszkanie w bloku po kilkunastu latach oczekiwania. Sprzedali samochód i całą bieżącą kasę pakowali w wykończenie, wystrój itp.

Po kilku latach gość za własne (żaden kredyt mieszkaniowy, żadne oczekiwania ze spółdzielni) kupił 3-piętrowy domek jednorodzinny w nowiutkiej dzielnicy. Po kolejnych latach następny. Teraz wygodnie żyje sobie w USA, gdzie wyjechał nie za pracą tylko takie miał "widzimisie". Tymczasem wszyscy inni wciąż mieszkają w tych samych blokach.

A jak jest teraz?

Bardzo podobnie. Do freelancerów podchodzi się nieufnie, bo co to za praca, jak się cały dzień siedzi w domu i gra na komputerze (co innego można robić na komputerze jak nie grać)? Jeśli nie zarabia grubej kasy to znaczy, że to tylko zabawa i powinien wrócić na etat. Jak zarabia, to znaczy, że ukradł, bo nikt uczciwą pracą nie może tyle zarabiać. A jak jest kasa, to trzeba ją jak najszybciej wydać (bynajmniej nie w sensie inwestowania). Prosty przykład mojej żony: marudzi mi, że po dwóch latach prowadzenia działalności nie zarabiam jeszcze grubych milionów (a przecież po to ją przecież założyłem) a każdą nadwyżkę zysków pakuje w sprawy doczesne. Na samo zasugerowanie głupiej lokaty zrobiła mi burę, bo przecież kasa nie jest od tego, żeby ją lokować. Cóż, chyba przestanę się przyznawać do jakichkolwiek większych zysków.


czytano: 693, komentarzy: 12, kategorie: ogólne, własny biznes


Komentarze (12)

Tomker
czwartek, 25-08-2011 (22:15)
Witam Szanownego Kolegę! Tak to już niestety na tym świecie jest, że Kobiety (a zwłaszcza Żony) nie zostawiają nawet jednego zeta ze swoich zakupów (no chyba, że ta złotówka była wsadzona do tej sprytnej zapadki, umocowanej na drążku, za który pcha się przed siebie koszyk w czasie zakupów. Wszystkie zyski trzeba ujawniać po trochu, zwłaszcza Swojej Żonie, aby jak najwięcej z nich (zysków) ocalało. Pozdrawiam ;)
kala
piątek, 26-08-2011 (00:06)
Kolejny Twój bardzo udany 'życiowy' temat. 'Życiowy', bo realny. Pomijam kwestię żony oczywiście, ale z resztą się zgodzę. Na swoją pozycję trzeba zapracować całych kilka lat, które czasem płyną wolno, gdy jest mniej zleceń. Najgorzej wtedy odpychać ataki 'wszystkich mądrych', który mówią po co ci to? jak można pracować w domu? czy ty wogóle zarabiasz? Idź na etat!... Radzę wtedy zatkać uszy i robić swoje. Dziś chyba najbardziej się wacham (takie życie) czy być sobie szefem czy wrócić na etat. Ale czuję, że chcę być szefem i jeśli tylko nikt i nic nie będzie odciagało mnie od komputera, to mi się uda. Samemu trudno to wszystko ogarnąć, bo trzeba nie tylko być grafikiem, ale też marketingowcem, informatykiem, księgową, a i handlowcem by się przydało. Jednak wolę pracoholizm na swoim. A za jakiś czas spotkamy się gdzie pod palmami z milionami w kieszeni. Pozdrawiam:-)
piątek, 26-08-2011 (10:15)
Andrzej
@Tomker - to nie chodzi o to, żeby zyski ocalały tylko o sposób myślenia. Lepiej teraz trochę pobiedować i kasę dobrze zainwestować (co też nie jest łatwe i kiedyś o tym napiszę) aby kiedyś odebrać ją z zyskiem i dopiero wtedy szaleć. Większość ludzi jednak woli luksus 'tu i teraz', nie myśląc o przyszłości. A najlepiej żeby dobrze było teraz i w przyszłości. Tylko mało kto rozumie zasadę, że jeśli teraz wydam całą kasę i nic nie zainwestuję, bo niby co będzie procentować w przyszłości? Bo chyba nie pensja z etatu, która ledwo starcza na łatanie bieżących spraw :)

@Kala - podoba mi się Twoje podejście, jest zresztą dokładnie takie jak moje. Olać innych (żebyś wiedziała, co mówili, jak odchodziłem z etatu - chyba nawet już gdzieś o tym pisałem, ale nie chce mi się szukać), robić swoje i pod palmy :) A co do ogarniania wszystkiego to jest coś takiego jak outsourcing (pisałem niedawno). Co umiem, robię sam. Ale co nie umiem (księgowość) zlecam fachowcom.
Grubson
piątek, 26-08-2011 (10:20)
Andrzej
Bardzo dobry wpis i dający motywację w chwilach kiedy człowiek się waha.
Co prawda nie jestem freelancerem. Prowadzę małą agencję wspólnie z żoną, czasem kogoś biorę do pomocy na większe prace, lub zlecam freelancerom projekty gdy sam nie daję rady.
Działalność rozpoczęliśmy 2 lata temu praktycznie tylko z dotacji na otwarcie firmy z UP + nasze zaoszczędzone środki w między czasie pobraliśmy się. Łatwo nie jest dopiero teraz zaczynają się jakieś zyski, ale to jeszcze nie to na prawdziwe na pewno przyjedzie jeszcze poczekać.
Praca od rana do nocy to fakt, ale nikt nie marudzi mi za uchem, nie odmóżdżam się robiąc jedną czynność przez 8 godzin.
Trzeba dalej inwestować w firmę to fakt i uczyć się na własnych błędach a tych jest nie mało na początku.
Trzeba by mieć bogatych rodziców, albo dużo kasy żeby od razu rewelacyjnie wystartować, ale na to stać nielicznych.
Szczęście też jest potrzebne bo jak czasem patrze jak udało się złapać fajne zlecenia to oczom nie wieże.
Do zobaczenia pod palmami za jakiś czas :-)
piątek, 26-08-2011 (10:32)
Andrzej
@Grubson - fajnie jest mieć żonę, która rozumie, wspiera i współpracuje. Ja tu niestety jestem osamotniony. Niby śmieje się jak widzi reklamę Getinbanku ('praca w domu to też praca') i chwali się mną, że niby mam własną firmę, pracuję w domu i idzie mi nieźle. Ale jak przychodzi co do czego to niestety okazuje się, że mało rozumie. Wypomina mi czasami, że dwa lata temu (ja też wtedy zaczynałem) obiecywałem po dwóch latach nowy dom. Ale nie widzi, że gdybym wciąż etatował, byłoby nam ciężej niż jest. Nic to, po prostu coraz mniej rozmawiamy na temat mojej pracy (chociaż czasami chciałbym móc z kimś pogadać i mieć jakieś oparcie w cięższych chwilach).

Co do palm to chyba zacznę robić listę, żeby palm wystarczyło. Kala, ja, Ty z żoną. Tomker, jedziesz z nami? ;)
etatowiec
piątek, 26-08-2011 (11:54)
Andrzej
Andrzej, tylko żeby nie było, że pod palmy pojedziesz za kasę żony zarobioną na etacie ;)
piątek, 26-08-2011 (12:16)
Andrzej
Spokojna głowa. Żona szybciej kupi kolejne buty niż pojedzie pod palmy ;)
Tomker
sobota, 27-08-2011 (13:42)
Andrzej
Tak, najpierw ocalamy zyski, a potem mądrze-przyszłościowo je inwestujemy. Wydaje się to bardzo proste, ale tylko tak się wydaje. Trzymam kciuki i życzę sukcesów Każdemu, kto się tego podejmuje.

Tak, zapisuję się 'na palmę', ale taką blisko wody, żebym siedząc pod nią, mógł się chłodzić w stopy.

Pozdrawiam ;)
sobota, 27-08-2011 (15:13)
Andrzej
Oczywiście, że to nie jest proste. Gdyby takie było, każdy byłby milionerem :)
A cała zabawa polega na tym, żeby się znaleźć wśród tych, którzy to potrafią. W każdym razie ja zamierzam się tego nauczyć.

Do zobaczenia pod palmami. O stopy się nie martw, wszystkie będą przy samej wodzie :)

Pozdro!
poniedziałek, 29-08-2011 (09:39)
Andrzej
Kolejny krzepiący tekst : ) Pozdrowienia dla wszystkich, którzy chcą 'czegoś więcej' od życia : )
Adam Majchrzak http://warstwy.com
środa, 05-10-2011 (15:22)
Andrzej
Lubie wpisy oparte o realne historie życiowe. Zadziałało to na moją wyobraźnię:)

A co do tego jak członkowie rodziny zapatrują się na branie spraw w swoje ręce to ja Cię dobrze rozumiem. Mówi się, że życie utrudniają urzędnicy i kolejne rządy. Mi najwięcej krwi popsuła rodzina. Taka jest prawda:) Trochę nawet zazdrościłem kumplom, że mają najbliższych po swojej stronie, bo to szalenie istotne.
środa, 05-10-2011 (19:17)
Andrzej
Ja myślę, że postawa rodziny wynika z tego, że nie czują sytuacji, bo sami nie pracują w domu. W idealnej sytuacji jest tu @Grubson, który założył firmę z żoną. Chociaż z drugiej strony to podobno też nie jest dobrze, kiedy widzi się drugą osobę przez całe dni. Czasami 'oddech' od drugiej połówki jest potrzebny dla nabrania dystansu.

Dodaj swój komentarz:

Imię lub nick (obowiązkowe)
E-mail (obowiązkowy - nie będzie publikowany)
Strona WWW

Formatowanie: [b]pogrubienie[/b], [i]kursywa[/i], [u]podkreślenie[/u]

Powiadom mnie o nowych komentarzach do tego postu.

Przepisz kod z obrazka:
kod