RSS
Dzisiaj jest sobota, 19 maja 2012

Czy mam jeszcze czas na sen?

Dodał Andrzej, środa, 14-09-2011 (08:30)
Wrz
14
Czy mam jeszcze czas na sen?

Zdjęcie na baner pochodzi z Fotolia.pl.

Zadano mi niedawno takie pytanie u muszę przyznać, że jest ono bardzo dobre. Zwłaszcza w ostatnich dniach, kiedy dużo się u mnie dzieje.

Jednym z minusów bycia freelancerem jest fakt, że mamy nienormowany czas pracy. 8-16 staje się wspomnieniem, nie mówiąc już o weekendach czy urlopach. Przynajmniej w tym pierwszym okresie, zanim biznes się porządnie nie rozwinie. Dochodzi do tego też brak komfortu w wyborze zleceń - bierzemy wszystko, bo nie wiadomo, czy za miesiąc wciąż będzie taki wybór. Oczywiście pomijając zlecenia typu portal aukcyjny w cenie wizytówki :)

Po "chudym" czerwcu nabrałem zleceń, z którymi ledwo się wyrabiam

Wziąłem, bo wszystkie są ciekawe i dobrze płatne. Może trochę się przeliczyłem. Na szczęście zazwyczaj jest tak, że kiedy ukończę pewien etap i projekt jest u klienta, mam około tygodnia czasu zanim łaskawie wyrazi swoją opinię lub zaakceptuje. I mogę w tym czasie zająć się innymi tematami.

W weekendy staram się nie pracować. Tyle słyszy się o wypaleniu zawodowym u ludzi, którzy non-stop pracują i pracują. Boję się tego i poza jakimiś drobiazgami, nie wymagającymi myślenia, robię albo swoje rzeczy (głównie abstrakcyjne ilustracje) albo gdzieś sobie jadę. No i ostatnio upubliczniłem jedną z moich ilustracji, nad którą pracowałem trzy weekendy (de facto po kilka godzin w sobotę i niedzielę). I wtedy Kamila zadała mi właśnie to pytanie.

Co z tym snem?

Wiele osób śpi po kilka godzin na dobę, bo zlecenie, bo terminy, bo kolejne prace i projekty. W sumie ja też tak powinienem i często w łóżku mam wyrzuty sumienia, że godzina 20, komputer już wyłączony a mógłbym przecież porobić jeszcze trochę (lista własnych pomysłów ciągle się wydłuża i nie wiem, czy kiedykolwiek ją zrealizuję). Sęk w tym że człowiek to nie maszyna i musi odpoczywać. Różni ludzie mają różny tryb aktywności umysłu. Ja po 20 mogę co najwyżej zrobić wstępną selekcję zdjęć, poczyścić foldery ze śmieci czy odpowiedzieć na jakieś mało istotne e-maile. Kilka razy próbowałem posiedzieć dłużej nad jakimś projektem i skończyło się na tym, że w 2 godziny zrobiłem zaledwie tyle, co rano zajmuje mi 15 minut. A przez długie siedzenie rano i tak byłem nie do życia. Prosta matematyka i wyszło mi, że absolutnie nie opłaca mi się siedzieć do późna, bo więcej tracę niż zyskuję. Ergo - czas na sen zawsze musi się znaleźć :)

Pracodawcy też tego nie widzą

Na koniec pozwolę sobie trochę pomarudzić. Gdy pracowałem na etacie, pracodawcy bardzo często wymagali siedzenia po godzinach (często też bez płacenia za nadgodziny, ale nikt nie śmiał protestować więc i ja się nie wyrywałem) a potem jeszcze mieli pretensję, że wieczorem mało robimy. Cóż, z punktu widzenia szefa wygląda to pewnie trochę inaczej. Bo co innego pojeździć po klientach, wyskoczyć na obiad czy podumać nad kolejnym zleceniem, a co innego cały dzień gapić się w monitor i robić ciągle to samo - to naprawdę wykańcza. Na szczęście u mnie to już przeszłość. Idę pobawić się z kotem :)


czytano: 321, komentarzy: 3, kategorie: ogólne, na luzie, własny biznes


Komentarze (3)

środa, 14-09-2011 (18:36)
Przez ostatnie 4-5 lat, gdy na poważnie zacząłem dziobać fuchy (+ etat nie w kreacji! Że o 15tej wracałem zmęczony, a tu jeszcze ochota coś podłubać) nauczyłem się, że jest pewien pułap robotności, którego nie ma sensu przekraczać. Nie można ludzi uczyć, że się zrobi nie wiadomo ile na nie wiadomo jak szybko, bo bardzo szybko się do tego przyzwyczajają i gdy akurat nie możemy się poświęcić, są ponaglenia itd. Co więcej, powoli przygotowuję się na rozplanowanie czasu dla rodziny (co, gdy pojawi się dziecko?), więc nie można totalnie wskakiwać w robotę. Dodatkowo trzeba też mieć czas na relaks dla siebie (ja np. gram w gry : ). Zauważyłem coś innego - czasem mam takie dni (tygodnie), że cholera mnie bierze, gdy ktoś coś wymyśla, że spacer, że znajomi zapraszają itd. Strasznie mnie to denerwuje, bo czasem potrzebuję 2-3 dni totalnego siedzenia przy kompie np. poszukując weny. Takie 5-8-godzinne posiedzenie przy kompie to dla mnie jak 20 minut dla 'normalnego'. Na szczęście Ona mnie rozumie, niemniej jednak czasem reaguję z rozdrażnieniem na jakieś wyjście z domu. Dla mnie to trucie d... a ja chcę po prostu popracować, podumać, podłubać, poluzować się : ) O, albo siedzę i coś piszę - a tu pytanie jakieś, że totalnie nie słyszę tego pytania, bo jestem tak zaabsorbowany tym, co robię. Czy ja to, czy tamto, albo czy jutro to, czy na obiad tamto... kogo to obchodzi? Trzeba podłubać. No właśnie... trzeba?
środa, 14-09-2011 (19:08)
Andrzej
Poruszyłeś ciekawy temat, chociaż nie do końca związany z tym, co miałem na myśli tworząc ten wpis :)
Mianowicie rozpraszanie. Przez rodzinę, znajomych, czy w ogóle otoczenie. Ja miałem to dokładnie w połowie sierpnia. Rzucił mi się duży projekt (nad którym zresztą jeszcze z miesiąc posiedzę), dużo roboty, konieczność korzystania z netu i w ogóle... A tu remont. Fakt, że żona mówiła o nim od dawna, ale trafił w najgorszym momencie. I ponad 2 tygodnie siedzenia w kucki przy kompie. Przy czym przez tydzień net miałem tylko w komórce.
A codzienne rozpraszanie to też u mnie norma. Coś robię, skupiam się, w pokoju jestem tylko ciałem, bo umysłem krążę gdzieś daleko a tu żona przychodzi, coś gada a potem ma pretensje, że jej nie słucham. A ile razy wymyśla, że coś mam zrobić a mnie termin tak goni, że nie mam kiedy nawet skoczyć do lodówki po coś do picia. Czasami odnoszę wrażenie, że ona nie rozumie, że 'praca w domu to też praca'. Z czasem nauczyłem się ją po prostu ignorować i okazjonalne wymówki również.
Ale wracając do tematu. Mój typowy dzień to siedzenie przy kompie od 6 do 20 z przerwą na obiad, czasami wyjście do sklepu, odkurzenie mieszkania czy spotkanie z klientem. Oczywiście też nie pracuję cały czas. Czasami po prostu NIE MA WENY. Ta najczęściej pojawia się na spacerze czy podczas cotygodniowego spotkania ze znajomym. Dlatego zawsze musowo mam ze sobą notatnik i komórkę z dyktafonem. Znajomi się śmieją ze mnie, jak gadam, co mam do zrobienia, ale to naprawdę działa. To niesamowite, ile pomysłów przychodzi, kiedy się po prostu odejdzie od komputera. Zauważyłem, że przy kompie jestem prawie jak maszyna - zazwyczaj odrabiam punkt po punkcie z kartki.
Adam Majchrzak http://warstwy.com
środa, 05-10-2011 (15:07)
Andrzej
Śmiało się mogę pod tym tekstem podpisać. Trzeba znać umiar, podziwiam ludzi, którzy mają umiar. Jak wiadomo, czas przed komputerem leci szybciej, to duży problem.

Nie siadam już po godzinach. Wiesz, mogę się zabrać za te mało istotne maile, tyle że dla mnie to dodatkowy wysiłek a dla kogoś co traktuje komputer jako skrzynkę od rozrywki jest to zabawą. Próbowałem dogodzić wszystkim. Odpowiadałem na wszystkie maile, ale za chwilę przychodziły kolejne od tych samych osób i nowe od innych. W sieci trzeba z tym przegrać. Skupiłem się na samych mailach, bo mam o to najwięcej wyrzutów sumienia.

Dodaj swój komentarz:

Imię lub nick (obowiązkowe)
E-mail (obowiązkowy - nie będzie publikowany)
Strona WWW

Formatowanie: [b]pogrubienie[/b], [i]kursywa[/i], [u]podkreślenie[/u]

Powiadom mnie o nowych komentarzach do tego postu.

Przepisz kod z obrazka:
kod