
Praca z InDesignem jest bardzo komfortowa. Pliki otwierają się nadzwyczaj szybko (np. w porównaniu z Illustratorem, nie wspominając o Corelu), szybko też są zapisywane. Ale cały czas puchną, bez względu na to czy dodajemy obiekty czy usuwamy. Przybywa styli, próbek kolorów i wielu innych danych, które z czasem przestają być potrzebne. Po co więc mają zajmować miejsce w pliku?
Nieużywanych próbek i styli (znakowych i akapitowych) pozbywamy się szybko dzięki opcji "zaznacza nieużywane..." w odpowiednich paletach. Niepotrzebne podlinkowane obiekty kasujemy. A zapisany plik wciąż jest wielki. To dlatego, że InDesign zapisuje zmiany a nie zawartość całego dokumentu. Dzięki temu mamy szybkość.
Są jednak tacy (jak ja), którzy nie lubią mieć wielkich plików z ogromnym NIC w środku. Fakt, dyski są duże a płyty DVD tanie. Jednak, gdy mam możliwość mieć mniej śmieci niż więcej, wybieram mniej. Można zapisać plik pod inną nazwą i jest super. Można też...
InDesign Interchange to taki fajny format, który zawiera samą esencję danych. A ponadto to zwykły plik tekstowy zawierające dane w formacie XML. W takim pliku nie ma podglądów grafik i wielu innych niepotrzebnych danych, które bez problemu można odświeżyć wczytując plik z powrotem do programu. Często przy okazji znikają różne błędy i bolączki, których w inny sposób nie da się usunąć np. uszkodzone linki do obiektów, które już dawno nie istnieją. Co bardziej zaawansowani mogą plik INX otworzyć w dowolnym edytorze (np. Notatniku) i edytować czysty kod. Nie polecam tego zwykłym użyszkodnikom - można bardzo łatwo zniszczyć wiele godzin własnej pracy.
Po odczytaniu pliku INX w InDesignie program doczyta sobie podglądy grafik jeśli trzeba - przy wielostronicowych plikach może to potrwać chwilę i można z powrotem zapisać pracę do zwykłego dokumentu.
Takie działanie polecam w trzech przypadkach:
A na zakończenie... pożyczę Wam miłego dnia :)