
Podczas niedawnej wymiany e-maili ze znajomym (opisywanej także tutaj), poruszyliśmy sprawę pozytywnego i negatywnego podejścia do prowadzenia biznesu. Może nie tyle poruszyliśmy ile stanowiliśmy dwa przeciwne obozy dyskutując o własnej firmie.
Moje stanowisko można łatwo wywnioskować na podstawie innych wpisów w blogu - od jakiegoś czasu jestem niepoprawnym optymistą, cieszę się życiem i uważam, że wszystko mi się uda. Przynajmniej na razie się udaje i nawet jak mam słabsze biznesowo okresy, nie spędza mi to snu z powiek. Kolega mój prowadził już kiedyś własną firmę, zbankrutował, wrócił na etat i nie zamierza póki co niczego kombinować. Niby twierdzi że jest zadowolony, ale jego nastawienie jest diametralnie odmienne od mojego. Przynajmniej w kwestii własnej działalności.
Gwoli ścisłości, nie zawsze byłem optymistą. Uważałem raczej, że należę do tych osób, które całe życie spędzą na etacie, niedocenieni, wykorzystywani i manie opłacani. Zmieniło się to jakiś czas temu i proces ten opisałem skrótowo tutaj.
Mawia się: "grunt to pozytywne nastawienie". Coś w tym jest, ale też nie należy bać tego dosłownie i zapominać się w optymistycznych uniesieniach. Można z rozpędu wziąć się za temat, który szybko przerośnie nasze możliwości, okaże się pełen dziur i nie dopracować i nagle obudzimy się z ręką w nocniku. Z drugiej strony pesymiści nie robią nic, bo "na pewno się nie uda". Od razu przed oczami staje mi Kłapouchy z Kubusia Puchatka. Oczywiście to bardzo ogólne potraktowanie sprawy, w rzeczywistości jest to nieco bardziej skomplikowane, ale to już temat na rozprawę psychologiczną a psychologiem nie jestem.
Można by powiedzieć, że najlepszym rozwiązaniem jest bycie realistą. Chłodnym okiem spojrzy się na swój biznesplan (jeśli się takowy posiada), znajdzie się luki, poprawi koncepcję i można ruszać z niemal 100% pewnością powodzenia. Ale tu też jest pułapka. Realista jak punkt odniesienia ma zazwyczaj bieżącą rzeczywistość. A ta w Polsce, nie oszukujmy się, nie jest rewelacyjna. I już jest krok do przejścia z realizmy w pesymizm. Moim zdaniem najlepiej jest być optymistą z dużą dozą realizmu.
Niemniej istnieje bardzo fajne powiedzenie: "nie ma ryzyka - nie ma zabawy". Wychodząc z tego założenia, lepie zrobić coś, co może nie wypalić niż nie robić nic, bo "na pewno nie wypali". Nie ma co ukrywać: porywając się na własny biznes, należy liczyć się z dużymi trudnościami, może nawet bankructwem raz czy dwa. Optymista jednak zawsze się podniesie i spróbuje czegoś innego. I tutaj z naszej dyskusji wyszło, kto jest kim.
Ja napisałem: "nieważne ile razy upadniesz, zawsze się podniesiesz". Kolega zaś: "ile razy się podniesiesz, zawsze upadniesz". Niby to samo a jak brzmi :)
Prawda jest taka, że nigdy nie wiemy, co będzie jutro. Pesymista może twierdzić, że jutro będzie gorzej, optymista, że będzie lepiej. Możemy równie dobrze zamknąć firmę, jak też podpisać milionowy kontrakt. Czego akurat sobie i Wam życzę...